Uratowany sezon – moje podsumowanie 2020 roku

Rok temu pisałem ambitny wpis o planach moich i mojej ekipy. Poza pierwszym startem  we Wiązowej nie udało się nic więcej zrealizować wiosną. Później nie było sensu czegokolwiek planować.

Tym razem wpis będzie o moim sezonie, bo na ekipę jeszcze przyjdzie czas. Pomimo, że startów było rekordowo mało – mam problem zebrać ich wyniki do kupy.

I półrocze – miało być standardowo, ale nie wyszło

Styczeń i luty przetrenowałem zgodnie ze swoimi założeniami, więc czekałem na sezon startowy z dużymi nadziejami.

Pierwszy kilometr już w nogach.

Pierwszy kilometr już w nogach.

Pierwszy start miał miejsce w hali w Toruniu (Halowe Mistrzostwa Polski Maters). Nie szykowałem się specjalnie pod dystans 3000 metrów, co niestety odbiło się na wyniku. Zająłem 13. miejsce w stawce 17 zawodników ze średnim czasem 10:03:73.

Mimo braku spektakularnego sukcesu nie zraziłem się. Na treningach czułem, że forma rośnie i na dystanse 10 km i półmaraton będę dobrze przygotowany. Niestety nie dane mi było, tak samo jak Wam, spożytkować formy. Po zawieszeniu wszystkich zawodów przed 10 dni zrobiłem 1 trening biegowy. W ciągu tych 10 dni każdego wieczora popijałem browarki. Ale jak już się wyleżałem, przeszedłem do działania. Na rzecz siebie i swojej ekipy!

Pierwszy test, jaki wymyśliłem to był „snajper”, czyli sprawdzian 2×1 km z przerwą 1 km w wyznaczonym tempie. Odbył się 19 kwietnia. Wyznaczyłem międzyczasy moim zawodnikom i sobie.

Zaplanowałem to tak 3:22 5:41 3:13
Pobiegłem tak 3:18 5:43 3:14

Dobra zabawa i dodatek do motywacji, ale o formie nie powiedziało za dużo. Jednak „Biegowy Snajper” umocnił mnie w przekonaniu, że tylko tego typu sprawdzianami mogę utrzymać ekipę i siebie w jako takim reżimie treningowym.

Trasa sprawdzianu.

Trasa sprawdzianu.

W kwietniu dalej trenowałem bez celu, aż na 12 maja zaplanowałem bieg łączony na 5 km. A dlaczego łączony? Bo pierwsze 2,5 km biegliśmy lekko pod górę w wyznaczonym tempie, a powrót lekko w dół już na maxa. Wszystko w lesie w Maszewie. I z formy na tym sprawdzianie byłem już zadowolony! Biegliśmy z Agnieszką Budek do ok. 2800 metra razem. Starałem się ją dociągnąć do „trójki”, ale mi biegło się coraz lżej, a Adze ciężej. Zacząłem więc stopniowo przyśpieszać. Był luz, a ostatnie dwa kilometry mnie zaskoczyły. Całość pobiegłem tak: 3:53 – 3:55 – 3:59 – 3:38 – 3:28.  Całość słabo, bo 19:00, ale końcówka była zadawalająca.

Ten sprawdzian wzmocnił mnie psychicznie, nabrałem pewności siebie. Rosnącą formę potwierdziły jeszcze dwa treningi:

– rozbieganie Grabina – Soczewka – Grabina – 24 km po 4:24/km

– rekonesans trasy Rykowiska – 36 km

wszystko bezboleśnie.

Na mecie Ultra Pazur Challange.

Na mecie Ultra Pazur Challange.

Ogłoszony w międzyczasie Pazur Challange przekonał mnie do pójścia w dłuższe dystanse. Na Ultra Pazur Challange wystartowałem w największy upał. Bieg był praktycznie samotny, bo na drugim kilometrze zostali Krzysiek Chętka i Kamil Goszczyński.  Na szóstym kilometrze zbłądziłem i straciłem ok. 2 minuty. Motywacja do walki o jak najlepszy czas spadła.  Finalnie w zawodach zająłem 3. miejsce z czasem 1:57:56. Byłem zadowolony, ale miałem duży niedosyt i wolę poprawy.

W obliczu braku startów ulicznych postanowiłem jesienią skupić się na biegach trailowych.

II półrocze – było niestandardowo, ale  wyszło!

Na najważniejsze zawody wytypowałem Pomerania Ultra Trail, które miały odbyć się 10 października na Kaszubach. Początkowo planowałem start na dystansie 65 kilometrów, ale w trakcie przygotowań uznałem, że 43 kilometry będzie odpowiedniejszy. W końcu od 4 lat nie ukończyłem maratonu. Szybki termin Rykowiska sprawił, że od początku lipca musiałem porządnie wziąć się do pracy. Rok temu trenowałem w lato 6 razy w tygodniu – w tym roku przeszedłem na 5 treningów tygodniowo, a mimo to było momentami ciężko.

Pierwszy start z treningu, eksperymentalnie bez żadnego przygotowania tempowego wyszedł blado.

Niepełne 10 km (9.8 km) na Biegu Obrońców Płocka pokonałem w czasie 37:09.  Najszybszy kilometr wyszedł w 3:43, a najwolniejszy 3:52. Biegłem jak mucha w smole, bez żadnej werwy ani luzu. Do tego za tydzień czekał mnie start w półmaratonie (w ramach sztafety 1/2 IM Triathlon Polska w Bydgoszczy), a przed tym wyjazd w góry. Nie byłem optymistą. W Kudowie Zdrój nie pobiegałem za dużo, ale zrobiłem dwa treningi, z których byłem szczególnie zadowolony:

Trening w Kudowie Zdrój. W tle hotel St. George, gdzie mieszkaliśmy w 2012 roku.

– bieg po asfalcie 7 km, a potem żywy zbieg – wszystko w mega ulewę

– wycieczka w Góry Stołowe – 22 kilometry.

15-sty kilometr w ramach sztafety 1/2IM – Bydgoszcz.

Obawiałem się startu w Bydgoszczy na półowce Ironamana. W 2018 roku byłem przetarty „piątką”, a nabiegałem marne 1:24:24. Ku mojemu zaskoczeniu w tym roku noga się w Bydgoszczy kręciła. Pierwszy kilos 3:58, drugi kilos 3:54, a ja muszę zwalniać. Biegło się lekko cały dystans. Końcówkę pozwoliłem sobie już na kilometry w czasie 3:38-3:40, co przełożyło się na 1:21:45 na mecie. Byłem zadowolony z wyniku i łatwości, z jaką go zrobiłem. Ale … bieg kosztował mnie jednak dużo sił, bo w niedzielę leżałem w domu jak kłoda.

Start Rykowiska.

Start Rykowiska.

Do tego złapałem przeziębienie, a już za 6 dni czekała na mnie mordercza trasa Rykowiska na dystansie 36 kilometrów. Miałem wątpliwości co do udziału w tych zawodach, bo kiepsko się czułem. Widziałem jednak, że będzie to idealny bodziec pod start na Kaszubach. Podjąłem decyzję, że startuję. Pierwsze okrążenie miałem pokonać spokojnie, praktycznie jak rozbieganie, a potem, o ile będą siły, miałem przyśpieszyć.  Tradycyjnie jednak mnie poniosło 😉 Już po 10 kilometrach wiedziałem, że na końcówce będzie mnie sponiewierało. Mimo wszystko nie odpuściłem. Walczyłem o podium i biegłem do odcięcia. Mocy starczyło do 33 kilometra. Gdy spadłem na 4. miejsce motywacja kompletnie siadła i doszedłem do mety. Ostatecznie zająłem 5 miejsce.
Mimo zgonu na końcówce byłem zadowolony! Nie byłem jeszcze gotowy na dobry bieg na tak długim dystansie, ale wiedziałem, że ten wysiłek odda na kolejnych zawodach.

We wrześniu trening szedł bardzo dobrze, wiedziałem już, ża na Ultra Pazurze i Pomeranii Ultra Trail powalczę o czołowe miejsca.

Sprawdzian na 5 km - Maszewo.

Sprawdzian na 5 km – Maszewo.

Tydzień przed Pazurem pobiegliśmy z moim biegowym Braciakiem Marcinem Dubielem sprawdzian na 5 km. Ku naszemu zaskoczeniu, na pofałdowanej trasie do Ludwikowa nabiegaliśmy 5 km w 17:33. Żeby zmusić organizm jeszcze do większego wysiłku polecieliśmy po kilku minutach 1 km w 3:19.  Byłem zadowolony, bo tak szybko na treningach wcale nie biegałem. Zapas prędkości był, wybieganie było – odliczałem dni do Ultra Pazura.

Ostatni podbieg na Pazurze – w tle rywal z trzeciego miejsca.

Zawody w maszewskim lesie miały być przetarciem przed Kaszubami. W telefonicznej konwersacji mój mentor Wojtek Więckowski zasugerował, żeby nie zostawić za dużo zdrowia na tym starcie. Żeby mimo wszystko oszczędzać się na Kaszuby. Ultra Pazur ułożył się po mojej myśli. Przemek Giżyński od startu „poszedł” mocno, więc skoncentrowałem się na zajęciu 2. miejsca. Systematycznie i metodycznie odczepiałem na trasie kolejnych rywali, aż na 18 kilometrze biegłem samotnie na drugiej pozycji. Poprawiłem wynik z lata o 8 minut, zająłem pewne drugie miejsce. Plan wykonany w 100%. Zawody kosztowały mnie jednak sporo sił. Następny tydzień po Pazurze miałem sporo pracy, więc na treningach truchtałem praktycznie 8-10 kilometrów.

Traile to jest to, o je!!!

Zmęczenie się nawarstwiało, aż w końcu, na 4 dni przed Pomerania Ultra Trail, znów się przeziębiłem. Do tego doszła gorączka. Wiem, wiem. Jestem trenerem i jako trener każdemu z moich zawodników odradziłbym startu w biegu przełajowym na 44 km w takim stanie. Ale poza tym, że jestem zawodnikiem i trenerem, jestem też totalnym zjebem biegowym. Pojechałem na zawody i wystartowałem. Tym razem nie popełniłem błędu z Rykowiska. Początek biegłem na ok. 10 pozycji. Ale od 8 kilometra zacząłem powoli wyprzedzać kolejnych zawodników. Byłem do tego biegu dobrze przygotowany, bo na 20 kilometrze czułem się jak na spacerze. Co kilka kilometrów wyprzedzałem kolejnych biegaczy przede mną. Na ok. 30 kilometrze wyprzedzany gość powiedział „wychodzisz na drugie miejsce, leć swoje, bo daleko do mety”. Dało mi to mega kopa! Pamiętałem, że na Rykowisku ok. 30 kilometra też wyszedłem na trzecie miejsce, mimo to nie utrzymałem go do mety. Na Kaszubach spokojnie leciałem swoje, jednak z każdym kilometrem zmęczenie narastało. Wiedziałem, że muszę biec. Biegnąc wolno zegarek wskazywał 5:30/km, idąc 11:00/km. Złapał mnie skurcz mięśnia czterogłowego, ale udało mi się go zabiegać. Między 35 a 39 kilometrem stoczyłem walkę z Sebastianem Dymkiem. Cały czas powtarzałem sobie „koncentracja, masturbacja”.  To motto kotłowało mi się w głowie do samej mety. Nie mogłem zbłądzić po trasie. Gdy zegarek wskazał 40.00 km wstąpiły we mnie dodatkowe siły. Obleciałem dwa kolejne kilometry 4:36 i 4:33. Wbiegłem szczęśliwy na metę i słyszę jak spiker mówi „Gratulujemy czwartemu zawodnikowi na 43 kilometry, do podium zabrakło zaledwie 30 sekund”. Nawet nie pokuszę się o opisanie mojego zaskoczenia… Okazało się, że zawodnik na 30. kilometrze wprowadził mnie w błąd (podejrzewam, że nie celowo). Na pytanie, czy jakbym wiedział, że drugi i trzeci zawodnik na trasie są przede mną dwie minuty i minutę przede mną, to bym ich dogonił? Odpowiadam: nie. Mocno naginałem, żeby mnie nikt z tyłu nie dogonił, więc wątpię, czy byłbym wstanie wykrzesać z siebie coś więcej. Niemniej czwarte miejsce OPEN, wygrana kategoria M-30 to super bilans najważniejszych zawodów w roku!

Start kosztował mnie dużo sił. Mam 38 lat i zaczynają się problemy z regeneracją. W lipcu, gdy trenowałem dość mocno, nogi bolały mnie nawet w nocy. Rano miałem czasami problemy wstać z łóżka. Muszę bardziej się oszczędzać, więc postanowiłem zakończyć sezon startowy, który dzięki biegom trailowym udało się uratować.

Co w 2021 roku?

Nadchodzący rok będzie dla mnie ekstremalnie trudny z wielu względów:

– będę rok starszy (a moje dzieci o rok większe)

– pustoszący rynek biegowy korona wirus utrudnia planowanie startów

– podjęcie studiów podyplomowych MBA

– przeprowadzka na nowe mieszkanie.

Mimo to nie składam broni – kocham bieganie i dopóki będę chciał i mógł, będę się ścigał.  Na pewno w 2021 roku zdecyduję się na „przebranżowienie” na traile. Na ulicy już dużo nie zwojuję, nie kręci mnie to już. Plan na przyszły rok to udział w biegach na dystansach 20-30 kilometrów. Do tego jeden główny start na dystansie 50-60 kilometrów. Sezon dla mnie będzie jeszcze krótszy, bo jesienią jak dostaniemy klucze do mieszkania to chcę totalnie spauzować bieganie. Są rzeczy ważne i ważniejsze. Ale do tego czasu… coś tam chcę namieszać lokalnie, a może coś więcej …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *