Nie ma, że boli!

Czasami jest tak, że człowiek łapie doła. Siły witalnie odchodzą, nic się nie chce. Ja tak miałem dzisiaj. Już wczoraj wieczorem dostałem małego „trenerskiego gonga” z zaskoczenia.  Dzisiaj rano tętno spoczynkowe  47 wskazywało, że to nie będzie dobry dzień. W pracy było ciężko. Czułem się totalnie odwodniony, wypiłem 2 lity wody i ciągle czułem pragnienie.  A w planach był bieg ciągły w drugim zakresie po asfalcie na dystansie 15 km. Naszły mnie myśli, żeby zrezygnować w treningu w ogóle, albo żeby zrobić lekkie rozbieganie. Jednak zadałem sobie 3 pytania, które zadaję moim zawodnikom jak ich też nachodzi ciężki czas:

– czy z nieba pada gówniany deszcz?

– czy mam otwarte złamanie kości goleniowej?

– czy moich rywali we Wiedniu będzie interesowało to, że 5 lutego słabo się czułem?

Odpowiedź na te 3 pytania brzmiała NIE.  Na swojej stronie zawsze przestrzegam przed przetrenowaniem, a swoich zawodników proszę o elastyczność i samokontrolę w wykonywaniu planu treningowego.

15 kilometrów po asfalcie po 4:00/km – taki był plan. Wiedziałem, że jak w tym stanie to pobiegnę to ten trening mnie zniszczy. Dlatego zmieniłem założenia. Pojechałem na rewiry Edmunda z Lasu i postanowiłem pobiec 15 km w crossie w ten sposób, że kontrolowałem tylko tętno w zakresie 155-170.  Funkcje dystansu, tempa i międzyczasów ukryłem. Na zegarku wyświetlało się tylko tętno i ogólny czas treningu. Co jakiś czas słyszałem „pikające” kilometry. Postanowiłem się zabawić i złapać na wyczucie punkt 5 i 10 kilometra. Niestety na piątym kilometrze zaspałem, więc polowałem tylko na „dyszkę”. Po samopoczuciu wiedziałem, że muszę biec w tempie 4:05-4:08/km. Postanowiłem włączyć międzyczas na 41:10, czyli 4:07/km. Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że trafiłem idealnie w samą „dziesiątkę”. Niestety ostatnie kilometry „piętnastki” biegłem już po zmroku i musiałem koncentrować się na nawierzchni. W końcu po godzinie i dwóch minutach dotarłem do końca. Zleciało naprawdę szybko. Ale byłem też potwornie zmęczony. Na ostatnim kilometrze nie miałem już „nafty na depnięcie”. Kiedy zobaczyłem wyniki z zegarka zdębiałem, że zrobiłem kawał dobrej roboty. 15 kilometrów w terenie po 4:08/km. Średnie tętno 159, maksymalne 166. Jak to śpiewał ŚP Michał Jackowski z USA „This is it!”.

https://www.polarpersonaltrainer.com/shared/exercise.ftl?shareTag=0fcd8fa64b6c5786756cd368d17f811d

Teraz kiedy to piszę, jestem totalnie wykończony.

Dlaczego pisze o swoim treningu? Nie dlatego, żeby się pochwalić, jaki jestem dobry. Po prostu chcę się podzielić uwagą, że owszem, nie ma nic na siłę. Ale jeżeli zależy Wam na wynikach, to czasami trzeba się przełamać. W szczególności przełamać swoją psychikę. Nie ma wymówek, nie ma nie mogę. Nie zawsze jest z górki, wiatr wieje w plecy, a noga „się kręci”.  Czasami jest ciężko, ale takie treningi wzmacniają charakter. Po takich próbach trzeba odpocząć, bo organizmu się oszukamy. Ale pamiętajcie,  wiara w sukces i determinacja to ważne elementy maratońskiej sztuki. Równie ważne, jak trening, odnowa biologiczna i suplementacja.

No i słuchajcie swoich organizmów, a nie GPSów 😉

Powodzenia w treningach!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *