Moje podsumowanie sezonu 2017

Ciężko byłoby mi uwierzyć wiosną, że podsumowanie sezonu 2017 zamieszczę 18 września, na kilka przed najważniejszym startem w roku, czyli BMW Berlin Marathon.

Tegoroczne przygotowania były zaplanowane pod berliński maraton. Kontuzja ścięgna Achillesa nie pozwoli mi na udział w tym biegu. Aktualnie nic mnie nie boli, noga jest sprawna. Jednak samo ścięgno jest nadal grubsze, więc do końca kontuzja nie jest wyleczona. Do tego straty w treningu (4 tygodnie) sprawiły, że totalnie wypadłem z reżimu przygotowań. Podjąłem decyzję o zakończeniu sezonu. Odbudowa wysokiej formy z lata zajęłaby mi kolejne 4 tygodnie. Szczytową dyspozycję wypracowałbym na 11 listopada, czyli na jeden start na 10 km. Jednak straciłem motywację do mocnego treningu. Cel na 10 km osiągnąłem już wiosną. Jesienią interesował mnie tylko maraton. Dodatkowo nie jest pewne, czy wysokie obciążenia nie spowodują nawrotu niedoleczonej kontuzji.

Jednak nie zawieszam startówek na kołku. Jesień mam zamiar przepracować aktywnie. Będę biegał na treningach z swoimi podopiecznymi. Do tego chcę postawić na przygotowanie fizyczne: rozciąganie, siłownia, stabilizacja, pływanie i inne cuda. Na początku stycznia zamierzam być w 100 % zdrowy i gotowy do mocnego treningu. W 2018 roku planowałem udział w maratonie tylko jesienią. Jednak ze względu na opuszczony Berlin, na starcie maratonu stanę już w kwietniu 2018 rok. W zależności od terminów będzie to: ORLEN WARSAW MARATHON lub CRACOVIA MARATHON. W lato wykonałem kilka naprawdę mocnych treningów, które utwierdzają mnie w przekonaniu, że w maratonie nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa.  W tym tygodniu zrobiłem badania morfologii krwi: hemoglobina 16,3 – hematokryt 46,4 %, czyli  najważniejsze parametry krwi na bardzo dobrym pułapie. W przyszłym roku skończę 36 lat. Międzynarodowe badania od lat pokazują, że idealny wiek na robienie życiówek w maratonie to 28 lat. Trochę wiosen mi uciekło, aczkolwiek … Grzegorz Gajdus doprowadził rekord Polski do poziomu 2:09:23 właśnie w wieku 36 lat. Jestem przekonany, że bieganie na poziomie 2:40-2:45 nie wymaga aż tak dobrej metryki jak światowa czy polska czołówka.

Sezon 2017 był dla mnie ciężki. Ostatnie zimy nas rozpieściły, bo było bardzo ciepło. Tegoroczna zima była bardziej sroga niż cztery poprzednie. Trzeba było dużo trenować po asfaltach. To spowodowało, że do pierwszego startu „Biegu Wilczym Tropem” podszedłem mocno usztywniony. Okazałem się słabszy od swoich lokalnych rywali. Zająłem odległe 9. miejsce. Jednak kolejne biegi pokazały, że zima to był dobrze przepracowany czas. Na „Maniackiej Dziesiątce” pobiegłem przyzwoite 35:20. Czułem się rewelacyjnie na tym biegu. Pierwsze 5 km pokonałem w 18:00, a drugie w 17:20. Ostatni kilometr w 3:19. To był dobry bardzo dobry występ. Za 2 tygodnie pobiegłem w półmaratonie w Poznaniu 1:18:18, w bardzo równym, solidnym biegu. Na początku kwietnia zaczęło wychodzić zmęczenie. Odpuściłem start w Raszynie na 10 kilometrów. Opłaciło się, bo na Biegu Oshee w ramach OWM złamałem 35 minut. Nie dużo, bo 34:55.  

W maju ogólne zmęczenie zaczęło narastać. Trenowałem wtedy bardzo mocno, bo szykowałem się do startu w Mistrzostwach Polski Weteranów w półmaratonie. W międzyczasie wróciłem na bieżnię (po 12 latach!). Na 3000 metrów nabiegałem na pełnym treningu 9:51,2. Cztery dni później start w Mistrzostwach Polski Weteranów wyszedł bardzo dobrze. Zająłem 4 miejsce. Do tego na trudnej, pagórkowatej trasie pobiegłem 1:18:10. Nie był to bieg na wynik jak w Poznaniu. Tempo od początku było bardzo mocne (17:52 – 5km, 35:55 – 10 km). Na ostatnich pięciu kilometrach zostałem sam i musiałem dotrwać w bólach do mety.

Czerwiec to czas na roztrenowanie. Chciałem odzyskać siły fizyczne, bo motywacji mi nie brakowało. Psychicznie byłem gotowy na mocny trening „pod Berlin”. Na wakacjach w Grecji wydarzyła się rzecz, którą całkowicie zignorowałem, a miała tragiczny finał w sierpniu.  Wyszedłem potruchtać wzdłuż brzegów Morza Śródziemnego. W planach miałem 12 kilometrów. Zaskoczył mnie ból ścięgien Achillesa. Ból był tak nieprzyjemny, że postanowiłem skrócić trening, na początku do 10, a finalnie do 8 kilometrów. Za 2 dni znów wyszedłem na trening i sytuacja się powtórzyła. Zbagatelizowałem problem. „Jest roztrenowanie. Bez biegania samo przejdzie.” – pomyślałem. W lipcu trenowało się bardzo dobrze. Czasami ścięgna dawały o sobie znać, ale uznałem, że „rozbiega się”. Jednak na treningu w dniu 1 sierpnia ból wrócił z podwójną siłą. Zdołałem jeszcze całkiem przyzwoicie wystartować w Gdańsku w Biegu Św. Dominika (czas 17:16). Zabiegi (laser i fala uderzeniowa) pomagały doraźnie, ale mocny trening powodował, że kontuzja odnawiała się. W Szklarskiej Porębie wykonałem do przedostatniego dnia cały zaplanowany trening. Jednak ostatni, 30-kilometrowy bieg to była walka z bólem. Tydzień przerwy po „szklarskiej” nie przyniósł efektów. Wynik w Berlinie zaczął odchodzić na dalszy plan. Miesięczna przerwa sprawiła, że nie czuję się przygotowany nawet na ukończenie maratonu. Pozostaje mi wycieczka turystyczna i dopingowanie czwórce zawodników: Bekele, Kipchoge, Kipsang i Ławnicki.

Nie odkładam marzeń o starcie w Berlinie na półkę. Kolejne kroki są takie, że:

– w listopadzie tego roku biorę udział w losowaniu miejsc na maraton w 2018 roku,

– jeżeli się nie uda, wystarczy w przyszłym roku pobiec w maratonie poniżej 2:45:00 i mam zagwarantowany udział w 2019 roku,

– jeżeli nie pobiegnę tyle, to jesienią 2018 roku znów bawimy się w losowanie.

Prawda, że proste?

Na załamywanie się niestety nie ma czasu i chęci. Ekipa robi dobre wyniki – trzeba tą liczną gromadkę zarządzać na bieżąco, bo sezon startowy w pełni. Do tego praktycznie w każdy weekend mam zakontraktowane prowadzenie biegów w roli spikera. W międzyczasie jest luka, żeby wrócić do pełnej sprawności.

A teraz, swoje hasło motywacyjne:

Sezon 2017 będzie należał do DYMKA!

zmieniam na

Sezon 2018 będzie należał do DYMKA!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *