Garmin Iron Triathlon, czyli Dymek wraca!

W Płocku po razu drugi odbyła się impreza z cyklu Garmin Iron Triathlon. Podobnie jak
w poprzednim roku, nie zabrakło ekipy „Biegaj z Dymkiem”!

Zanim przejdę do GIT nadmienię tylko, że dzień wcześniej razem z Filipem wzięliśmy udział w „Biegach Rodzinnych” organizowanych przez PTT DELTA. Pomimo, że byłem spikerem na tej imprezie, urwałem się na „sprinterski bieg rodzinny”. Filip przed startem zmienił decyzję, że jednak biegnie ze mną a nie z dziadkiem.  Miałem przebiec truchtem z Filipem, jednak po starcie adrenalina skoczyła do góry i pobiegłem w jeansach do przodu.  W gronie kilkunastu par zajęliśmy 7 miejsce, z czego bardzo się cieszę.

Na prawdziwe emocje musieliśmy poczekać do niedzieli. W większości  dla moich zawodników start w GIT był zabawą i przerywnikiem w biegowym sezonie. Jednak dla Tomka Góreckiego to było otwarcie sezonu i pierwszy start w triathlonie „na moim treningu”. Udział w GIT miał dać nam odpowiedź, jak idą przygotowania do docelowej imprezy, czyli HalfIronmana w Borównie.  W ostatnim czasie odbyliśmy wspólnie kilka treningów i wiedziałem, że fizycznie Tomek był gotowy na mocny start. Bałem się tylko o głowę, czy wytrzyma ciśnienie. Okazało się, że Tomasz popłynął, pojechał i pobiegł jak stary wyjadacz. Szczególnie mocno wyszło pływanie (czas: 14:24 – 27 miejsce).  Przyzwoita jazda na rowerze i bieg plus kosmicznie dobre zmiany sprawiły, że skończyło się na wyniku 2:27:06, czyli życiówka poprawiona o 8 minut.  Miejsca Tomka to: 48 OPEN na 442 finiszerów,  10 w kategorii wiekowej oraz 2 miejsce wśród płocczan.  Na razie jest dobrze, ale nie ma się czym podniecać. Przed nami długa droga do celu, czyli złamanie 5 godzin w „połówce”.

116 miejsce w OPEN z czasem 2:37:12 zajął Krzysiek Tomiński z PTT DELTA, którego
w zimę wspierałem treningami biegowymi. Jak widać po wynikach, największe rezerwy
u Krzyśka tkwią właśnie w bieganiu.

Równie ciekawie zapowiadał się dystans 1/8 IM.  W triathlonie debiutował mój przyjaciel Robert Ławnicki.  Debiut wyszedł jak marzenie, bo Ława zajął 71 miejsce (21 w kategorii wiekowej) z czasem 1:21:44. Z każdą konkurencją poprawiał swoje miejsce. Co ciekawe, Robert pokonał w swoim pierwszym starcie wielu doświadczonych triathlonistów!

Zwycięsko z rywalizacji w kategorii M-60 wyszedł mój tata Stanisław.  W OPEN był 128
z czasem 1:29:32. To był powrót przez „duże P”.

Poza startami indywidualnymi w triathlonie na dystansie 1/8 wystawiłem jeszcze sztafetę. Rok temu dziewczyny w składzie: Turalska pływanie – Nagadowska rower – Budek bieg zajęły drugie miejsce. W tym roku Malwinę zastąpił mocny kolarz, mój dobry kolega Rafał Paszkiewicz. Jego obecność w naszym teamie zmobilizowała dziewczyny do walki o wygraną. Nasz team nie dał szans rywalom!  Aneta wyszła z wody 15 sekund za najlepsza sztafetą, ale już na podbiegu zniwelowała stratę i Rafał wyruszył na trasę kolarską jako lider. Skutecznie powiększył przewagę. Dzieła zniszczenia dokonała Agnieszka Budek, która uzyskała czas prawie 5 minut lepszy niż kolejny zawodnik w sztafetach. Tym samym mogę śmiało powiedzieć, że Biegaj z Dymkiem było widać i słychać na GIT.

Dodatkowy akcent to start Jarka Matacza w sztafecie Szwagry Team na dystansie ¼ IM.  Jarek uzyskał najlepszy czas w jeździe na rowerze w sztafetach walnie przyczyniając się do wygranej swojej ekipy.

Warto dodać, że tempa w Niemczech nie zwalnia (i to dosłownie) Krzysiek Chętka! W poniedziałek wystartował w biegu na 10 km i na trudnej trasie uzyskał dobry wynik 37:18. Nowa życiówka pozwoliła Krzyśkowi na zajęcie 2 miejsca OPEN w biegu w Dortmundzie. Teraz przed Krzyśkiem ważne 2 tygodnie, bo 3 czerwca startuje na dystansie półmaratonu.

Dymek wraca

Garmin Iron Triathlon był niezmiernie ważny dla mnie, ponieważ wróciłem do ścigania. Nie chodzi nawet o fakt, że ostatni raz w triathlonie wystartowałem 3 lata temu. Od sierpnia zeszłego roku borykałem się z kłopotami zdrowotnymi. Ostatnim moim mocnym startem był Bieg Św. Dominika w Gdańsku (17:16 na 5 km). Później nawiedziła mnie passa chorób i kontuzji. Kiedy tylko wychodziłem na prostą, znów coś się przyplątywało. Pod koniec kwietnia stwierdzałem, że szybkie bieganie wiosną jest niemożliwe, więc spróbuję sił w triathlonie. Expresowe przygotowania do startu w GIT szły bardzo dobrze, więc miałem nadzieję, że nic nie przeszkodzi mi w udziale. Problemem była masa pracy, która trochę przytłoczyła mnie w tygodniu poprzedzającym zawody. Jednak w piątek i sobotę skutecznie odpocząłem i w końcu mogłem się ścigać.

Na części pływackiej był ostry młyn. Denne osady zostały wzburzone przez zawodników i woda przybrała kolor czarniny. Tłok był niesamowity. Jednak ja lubię takie warunki i płynąłem swoje. Czułem się dobrze, wiedziałem, że tempo jest mocne a nawigacja wręcz idealna. Niespełna 8 minut i byłem na brzegu. Tłok w strefie T0 był tak duży, że postanowiłem wziąć piankę pod pachę i biec z nią na górę. Założenie miałem takie, żeby podbieg na skarpę zrobić spokojnie. Jednak w trakcie biegu wyparzyłem sylwetkę Anety Turalskiej i postanowiłem być przed nią w strefie zmian. Ruszyłem ostro do przodu. Kiedy mijałem byłą reprezentantkę Polski w pływaniu Kasię Żołnowską byłem pewien, że pływanie poszło dobrze (czas 7:59 – 51 miejsce). Na ostatnich schodach wyprzedziłem Anetę, a przy pomniku księcia Bolesława rzuciłem Budce worek z pianką.  No i nadszedł czas na moją najsłabszą konkurencję, czyli jazda indywidualna na czas. W Maszewie wyprzedził mnie Grzesiek Sebastianowicz. Prędkość jego jazdy a mojej to była różnica dwóch klas. Postanowiłem jednak, że pojadę optymalnie mocno i jak zawsze będę gonił na biegu. Pojechałem dość przyzwoicie (dzięki Krzysiek Skrok za pożyczenie szosówki). Uzyskałem 66 wynik na rowerze. W strefie T2 straciłem kilka cennych sekund, bo zakołowałem się, „gdzie do licha jest ten wybieg?!?” Na biegu zrealizowałem starą taktykę. Pierwszy kilometr spokojnie „na przestawienie” nóg, a potem maksa! Pomimo, że w bieganiu mam duże zaległości, to udało mi się przesunąć z 53 na 34 miejsce. Indywidualnie uzyskałem 7 wynik biegu, czyli nie zapominałem jak się to robi. Czas na mecie to 1:15:49. W kategorii M-30 zająłem 9 miejsce.

Start nie był może rewelacyjny, ale nie było ku temu podstaw treningowych. Najważniejszy fakt, to że wróciłem do ścigania! Po 288 dniach przerwy stanąłem na starcie z myślą, że walczę o każdą sekundę i o każde miejsce. Jak się okazuje, mimo poważnych braków
w przygotowaniu nie zapomniałem jak się ciśnie. Mam nadzieję, że to nie był jednorazowy wystrzał, a początek powrotu do formy. Przede mną jeszcze jeden start w triatlonie w Płocku i od lipca zaczynam (przynajmniej mam w planach 🙂 ) szlifowanie formy biegowej na jesień.

Bycie trenerem to wyzwanie, uwielbiam spikerować, ale kocham być zawodnikiem. Lata mijają, ale nadal czerpię wielką satysfakcję ze ścigania się.  Mam nadzieję, że kolejne relacje z moich startów będą coraz częstsze!

Dziękuję za foty: Przemek Stelmaszewski i RPL FM.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *