Epicki Poznan* Maraton – cz. 2 – „875 dni”

Progres – to jest to, co nas napędza do trenowania. Stale szukamy nowych metod treningowych, eksperymentujemy z trenerami, planami i koncepcjami. Żonglujemy dawkami objętości i intensywności.

Ja, ze względu, że nie mam już szans na poprawę wyników na dystansach do półmaratonu włącznie, skupiłem się tylko na startach w maratonach. Jedyne co mnie motywuje do ciężkiego treningu to możliwość poprawienia życiówki. Maraton to przysłowiowa „kropka nad i”, którą chcę postawić w spisie moich rekordów.

GENEZA

Pierwsze dwie próby odbyły się podczas Maratonu Warszawskiego. W 2006 roku nie ukończyłem debiutu. Po drodze było 1: 16:52 półmaraton. Biegłem ramię w ramię w Emilem Dobrowolskim, przyszłym medalistą Mistrzostw Polski. Tempo było jednak za mocne. Od 28 km zaczął się kryzys, a na 36 km siedziałem już na krawężniku. Ten start nauczył mnie szacunku i pokory do maratonu. Po tym maratonie poszedłem do pierwszej pracy, później zaangażowałem się w sędziowanie piłki nożnej i bieganie na kilka lato odeszło na daleki plan.

71

Maraton Warszawski w 2010 roku. „Biegnę” na 36 kilometrze.

Podobna sytuacja miała miejsce w 2010 roku, tylko poziom był inny. Iza była w ciąży i wymyśliłem sobie, że to ostatnia szansa, żeby dobrze przygotować się do maratonu.  Na 3 tygodnie przed maratonem pobiegłem półmaraton w 1:22:40. Byłem pewny siebie. Jednak przygotowania były słabe, dopadła mnie kontuzja, którą zignorowałem i katastrofa była pewna. Z łamania „trójki” wyszedł wielki blamaż. Obiecałem sobie, że ukończę, bo na mecie czekała Iza z Filipem. No i doczołgałem się w 3:26:10. Ale ten bieg ponownie mnie nauczył szacunku do maratonu. Wtedy się zorientowałem, że nie jestem „maratońskim kozakiem”.

Od sierpnia 2013 roku skoncentrowałem się tylko na przygotowaniach do maratonu.

Pierwszy start po przerwie wyszedł dość obiecująco. W Poznaniu, po 7 tygodniach przygotowań, uzyskałem 3:01:19. Ten wynik mnie satysfakcjonował. Postanowiłem zrezygnować z triathlonu, bo uwierzyłem, że nie 2:59, ale 2:39 to będzie formalność.

Jak się okazało, progres jest cały czas, tylko nie taki, jakiego oczekiwałem.

Wiosna 2014 – Kraków – 2:58:48 – po cichu liczyłem na więcej, ale najważniejsze, że „trójka” złamana

Jesień 2014 – Frankfurt – 2:56:43 – tu już poniżej oczekiwań. Na pocieszenie życiówka o 2 minuty.

Wiosna 2015 – Warszawa – 2:54:24 – tu także poniżej oczekiwań. Znów życiówka o 2 minuty.

Jesień 2015 – Warszawa – 2:52:57 – tu także poniżej oczekiwań. Życiówka o 1,5 minuty.

Wiedeń 2016 – Wiedeń – 2:51:28 – tu także poniżej oczekiwań. Znów życiówka o 1,5 minuty.

Zawód słabymi wynikami potęgują przyzwoite czasy uzyskiwane na krótszych dystansach:

 

10 km Półmaraton maraton
2013 36:00 1:22:53 3:01:19
2014 35:37 1:21:06 2:56:43
2015 1:19:27 2:54:24

 

CZAS DECYZJI

Nie musicie czytać relacji z poprzednich maratonów. Wszystkie wyglądają identycznie. Do 35 kilometra wszystko zgodnie z planem i na wielkim luzie. Ale ostatnie kilometry to było całkowite odcięcie nóg. Wydolnościowo zawsze byłem dobrze przygotowany, ale to, co blokowało mnie na końcu to nogi – mięśnie jak z betonu, skurcze itp.  Fajnie się o tych moich maratonach pisało relacje. Pełne patetyzmu, jak walczyłem do końca ze swoimi słabościami.  Zastanawiałem się, czy ja po prostu nie nadaję się do biegania maratonów, czy gdzieś popełniam błędy w przygotowaniach? Jako trener, który prowadzi liczną i dość silną grupę zawodników chciałem być dobrym trenerem także dla samego siebie. Jednak  wachlarz metod i pomysłów jaki mam w głowie został wykorzystany po maratonie we Wiedniu.

meta Jurek

Dymki przecinają taśmę na Rykowisku.

Pierwszą decyzją było to, że na wiosnę nie bawię się już w triathlon. Zamiast tego spróbowałem Ultra. Wygrałem Rykowisko, ale ten bieg kosztował mnie bardzo dużo sił. Po żadnym starcie, ani maratonie, ani w HalfIronmanie, nie lizałem ran tak długo. Bałem się, że się nie pozbieram na maraton.

ja i Wojtek

Rywalizacja z Wojtkiem Więckowskim podczas Biegu Świętego Dominika w 2015 roku.

Druga decyzja to było podjęcie współpracy z trenerem, który z boku spojrzy na moje przygotowania, wprowadzi ład i porządek, a w przypadku kontuzji lub choroby doradzi jak zmodyfikować trening.  Żeby pobiec jesienią dobry maraton byłem bardzo zmotywowany. Nie potrzebowałem bata, ale autorytetu, który poprowadzi mnie odpowiednią ścieżką. W Internetach jest wiele ofert personalnych trenerów biegania. Osobiście koleguję się z wieloma dobrymi maratończykami. Jednak co do wyboru trenera nie maiłem wątpliwości. Wojciech Więckowski to legenda płockiego biegania. Nie ma fejsbuka, nie ma Endomondo. Za to ma ukończonych setki, o ile nie tysiące biegów, wiele zwycięstw, a jego rekord życiowy w maratonie to 2:14:14. Podczas moich  studiów Wojciech pisał mi plany treningowe, a nasza współpraca układała się dobrze.

Zanim ustaliliśmy zasady współpracy i harmonogram przygotowań, Wojtek chciał obejrzeć mój dziennik treningowy do maratonu we Wiedniu. Po kilku dniach, kiedy się spotkaliśmy, przedstawił mi swoją opinię na temat moich przygotowań do Wiednia. Od razu przedstawił swoją wizję „pod Poznań”. Uważam, że na linii trener-zawodnik powinno być 100% zaufania. Tego oczekuję od swoich ludzi. W takim samym stopniu zaufałem swojemu Trenerowi.

PRZYGOTOWANIA LATO 2016

Na początku lipca rozpoczęliśmy przygotowania. Od początku było bardzo ciężko. Treningi od razu były mocne. Na Rykowisku uszkodziłem sobie kolano (prawdopodobnie więzadła). Tak ciężkiego okresu jak lipiec-sierpień nigdy nie miałem. Walka z bólem kosztowała mnie dużo zdrowia psychicznego. Cały czas myślałem o tym, ile jeszcze tak dam radę. Lipiec wyszedł objętościowo bardzo dobrze, bo 390 km. Pierwszy start na Biegu Dominika na 5 km wyszedł niespodziewanie bardzo dobrze. Pobiegłem 17:02. Jednak na początku sierpnia przyszedł kryzys. Kolano bolało, byłem zmęczony, bo nawet między startami nie było odpuszczania treningów. Aż w końcu przyszedł 13 sierpnia, czyli początek długiego urlopu. Przez 3 tygodnie mogłem poświęcić więcej czasu na regenerację i ćwiczenia układu ruchu. Na początku września, wraz z moją ekipą PRO, pojechałem na 6-dniowy obóz treningowy do Szklarskiej Poręby.  Trenowaliśmy z Dubielem po 25 km i … ból kolana przeszedł. Dużo czasu poświęcałem na odnowę biologiczną, więc prawdopodobnie nawet mocne treningi nie przeszkadzały w leczeniu kontuzji. Półmaraton Dwóch Mostów  pobiegłem dość dobrze, ale bieg kosztował mnie wiele sił. Miałem zaplanowane kolejne mocne treningi. Tutaj przyszedł kolejny kryzys – zmęczenie typowo fizyczne. 18 września przebiegłem na treningu 36,3 km. Ujechałem się jak koń na westernie. Wrócił ból kolana. Jednak po tym treningu, zaczęło mi się biegać lepiej. Kolano szybko wróciło do normy. 22 września na stadionie biegałem tempo 6 x 1,6 km. Prędkości, które osiągnąłem, były dużo wyższe niż zaplanowane przed Trenera (jak ja tego nie lubię u swoich ludzi 😉 ). Jednak to był zastrzyk pozytywnej energii, że jestem w formie. To był taki przełomowy trening, po którym mogłem zacytować Roberta Ławnickiego:  „Mamy to!”. Im bliżej było do startu, tym byłem spokojniejszy. Na 11 dni przed startem pobiegłem naprawdę mocny trening tempowy 2×5 km + 1,6 km. Ten bieg kosztował mnie dużo sił, 2 dni do siebie dochodziłem. Ale wiedziałem, że na 9.10 będę gotowy. Nic nie mogło mnie powstrzymać.

W ostatnim tygodniu pogoda się załamała. Ale wychodząc na treningi nawet nie wyglądałem za okno. Patrzyłem w plan i od razu „dzida” w teren. W czwartek spędziłem cały dzień na deszczu, ponieważ organizowałem Bieg Tumski dla dzieci. Wziąłem jednak 3 zestawy ubrań i co 2-3 godziny przebierałem się. Zaczął mnie też boleć kręgosłup, a w środę Filip się pochorował. Jednak wiedziałem wtedy, że nic nie może się już wydarzyć.

Wprowadzaliśmy z Izą dietę, którą ulepszamy z każdym maratonem. Na dzień przed startem czułem się lekki i pełen energii. Nocy przed startem nie przespałem za dobrze. Nie mogłem zasnąć. Ale nie ze względu na to,  że się bałem. Około 4 w nocy w łazience z wielkim hukiem spadł szampon, to już nie zasnąłem. Czekałem na start.

DZIEŃ X

pawel-grupa-i-ja

W czarnej bluzie Bartosz Nowicki. Rekord życiowy na 1500 metrów 3:36:68 – 6. wynik w historii polskiej lekkoatletyki

Po krótkiej rozgrzewce, na kilka minut przed dziewiątą, stanąłem na starcie. Towarzystwo było doborowe. Marek Zych, z którym wykonaliśmy kawał dobrej roboty wiosną we Wiedniu, Paweł Kokocki i Marcin Dubiel – moi najlepsi zawodnicy. W piątek przed biegiem dzwonił Jacek Mezo Mejer (tak, ten Mezo). Chciał z ekipą z Płocka biec na 2:49. Na starcie z Jackiem się nie złapaliśmy, ale już po 2 km sformowała się ładna grupa ok. 30 facetów. Przed pierwszych kilka kilometrów ja, Paweł i Marek prowadziliśmy grupę. Pilnowaliśmy, żeby nikt nie szarpał. Ja byłem pełen obaw, bo te 4:00/km wydawało mi się potwornie szybko. Z przerażeniem myślałem o tym, że do mety jeszcze 37 km tym tempem.  Na 10 km czekała Iza z ciepłą herbatą. Trener zwrócił uwagę przed biegiem, żeby uważać na zimną wodę na punktach odżywczych. Nasz autorski manewr z herbatą okazał się strzałem w „10”. Od 16-17 kilometra zaczęło mi się coraz lepiej biec. Prędkość nie była już trudnością. Od ok. 15 km zaczął z nami biec wysoki chłopak w dresie. Nie miał numeru, nie był zawodnikiem. Widać, że był trenerem jednego z zawodników biegnących w stawce. Kierował grupą, pokrzykiwał jak zbiegać na zakrętach, że za szybko, że za wolno. Na początku nie bardzo mi się to podobało. Jednak gdy zobaczyłem twarz gościa, poznałem, że to Bartosz Nowicki. Doskonały średniodystansowiec, wielokrotny medalista mistrzostw Polski od 800 do 10000 metrów. Od razu nabrałem szacunku do takiego „zająca” i krzyknąłem grupie, że „panowie, gość w dresie rządzi”. Półmetek wyszedł idealnie, a zdjęcie poniżej przedstawia, jak liczna i wyrównana była „grupa sub 2:50”. grupagrupa-polmetekNa 24 km na Malcie wziąłem drugi żel. Nie przyjął się za dobrze. Miałem wrażenie, że w brzuchu mam kamień. Przez kilka kilometrów było bardzo słonecznie. Planowałem zdjąć czapkę z daszkiem i rękawki na 30 km i rzucić Izie. Jednak przed 30 km pogoda się załamała i sprzęt pozostawiłem na sobie. Bez względu na kierunek wiatru, profil trasy i inne czynniki, nasza grupa parła do przodu jak w transie. Najszybszy kilometr 3:54, najwolniejszy 4:05.  Po 30 km napiłem się od Izy ciepłej herbaty i problemy z żołądkiem minęły w momencie. Po 30-stce Bartek Nowicki zakończył swoją misję. Kilku chłopaków zaczęło szaleć. Jednak z Markiem, Pawłem i Mezo było ustalone, że jak najdłużej trzymamy równe tempo. Na 35 kilometrze zgubił się Paweł. Były lekkie podbiegi, zimna woda z asfaltu chłodziła mięśnie, więc zacząłem się zastanawiać się, kiedy „wysiądą nogi”. Jednak nic z tych rzeczy! Z każdym kilometrem biegło się coraz lepiej. Połykaliśmy kolejnych zawodników i kolejne kilometry. Ustaliliśmy w grupie, że mamy zapas, więc do 40 kilometra współpracujemy, a od znacznika „40 KM” ściągamy się.  Wbiegliśmy na długą, ostatnią prostą na ul. Grunwaldzkiej (ok. 3 km). Dobiegliśmy do 40 km, a mój zegarek pokazał 2:40:00. Złamanie 2:50 było na wyciągnięcie ręki. Pierwszy ruszył Marek Zych. Widać, że jest mocny i świeży. Za nim pobiegł Mezo, pomiędzy nami biegł wysoki chłopak, który dyszał jak parowóz. Jednak już po kilkuset metrach Mezo zaczął odstawać od Zycha, więc przeskoczyłem „po plecach” zawodnika pomiędzy nami do Jacka. Tempo było bardzo mocne, w granicach 3:50/km. Czekałem do 41 km. Przypomniał mi się tegoroczny Berlin Marathon, kiedy to Kenenisa Bekele zaatakował Wilsona Kipsanga dopiero na kilkaset metrów przed metą. Na ok. 41,3 km ruszyłem mocno do przodu. Zrobiłem kilka metrów przewagi nad rywalami.  Nogi niosły, nie było mojego charakterystycznego wygięcia. Iza dopinguje z boku, już wie, że się udało. Jednak przez mięśnie przeszedł delikatny, ostrzegawczy impuls, że skurcze szykują się do ataku. Miałem zapas sił i chciałem ostro przyłożyć ostatnią prostą. Szybko przeanalizowałem, że jeżeli taka szarża spowoduje skurcz, stracę kilkadziesiąt sekund. Na ostatniej prostej całe trybuny kibicowały Mezo. Facet ruszył ostro do przodu niesiony dopingiem. Nie walczyłem, widziałem na zegarze 2:48. Równym tempem wbiegłem na metę. 2:48:31. Na mecie przybijamy „piątki” z chłopakami z grupy.  Jeszcze kilku zawodników za mną łamie 2:50. Chwilę później finiszują Paweł i Marcin. Jestem szczęśliwy i zaszokowany. Zaszokowany tak, że w szatni biegałem i skakałem  z radości. Najlepszy wynik, a czułem się lekko jak po mocniejszym treningu. W końcu złamałem schemat, że poprawiam się o 1,5 albo 2 minuty. Rekord życiowy poprawiony konkretnie o prawie 3 minuty!

ja-meta

Dla takich chwil się startuje!

PODSUMOWANIE

Kiedy w Krakowie złamałem 3 godziny (2:58:48) wyznaczyłem sobie kolejny cel. Złamać 2:50. Nie przypuszczałem wtedy, że na zrealizowanie celu będę musiał poczekać 875 dni! Z każdym maratonem zbliżałem się powoli do celu. Jednak z każdym maratonem rosły we mnie wątpliwości, czy i kiedy się w końcu uda? Przemek Giżyński mawia, że „maraton jest dla cierpliwych zawodników”. Jednak moja cierpliwość zaczęła się kończyć. Kiedy pochwaliłem się Izie, że będę „trenować u Wojtka”, stwierdziła, że powinienem zrobić to już dawno.  Pewnie zastanawiacie się, co takiego było w treningu, że w końcu się udało?

Przed wszystkim Trener wyłapał błędy z poprzednich przygotowań. W weekendy robiłem bardzo dobre akcenty, jednak w tygodniu treningi były krótkie, brakowało „obudowy”. Nie trenowałem wg ustalonego tygodniowego planu. Jak mi „podpasowało”,  tak trenowałem. W przygotowaniach robiłem zawsze raz: tysiące, dwójki, piątki itp. Itd. Trener postawił na powtarzalność pewnych treningów.  Biegi Pod Górę zrobiłem we wszystkich 12 tygodniach przygotowań. No i najważniejsza sprawa. Długie wybiegnia. Kiedyś robiłem je zazwyczaj co 2 tygodnie.  Często umawiałem się ze swoimi zawodnikami  lub w ramach 30-stki realizowałem treningi z innymi zawodnikami. Dystans się zgadzał, ale często średnie tempo takich treningów wychodziło grubo powyżej 5 min/km. Trener wprowadził wszystkie niedziele bieg w formie BNP (Bieg z Narastającą Prędkością) i to co tydzień!. To nie były niedzielne „easy running”. Często ostatnie kilometry kończyłem w tempie ok. 3:50/km. Myślę, że to był klucz do sukcesu. Jakość tych niedzielnych treningów zadecydowała o wyniku z Poznania. Do tego dochodziły treningi na zmęczeniu. Kiedyś po mocnych treningach aplikowałem sobie dzień wolny. Teraz nie rzadko po długich treningach wychodziłem następnego dnia na kolejny trening.

Druga sprawa, to każdy z nas potrzebuje autorytetu, który nas prowadzi do celu. Takim autorytetem jest dla mnie Wojciech Więckowski. Każda rozmowa po treningu utwierdzała mnie w przekonaniu, że idziemy odpowiednią drogą. Kiedy trenowałem się sam „szarpałem się  z myślami” – czy dobrze robię, co będę musiał pobiegać w kolejnym tygodniu?”. W przygotowaniach do Poznania miałem komfort psychiczny. Skupiałem się na tym, żeby dobrze wykonać trening, a nie na tym, żeby go rozplanować. Mogłem się co najwyżej przyjmować planami dla moich zawodników. Ale układanie dla nich planów jest dużo prostsze niż samemu sobie.

zestawienie-polowek-w-maratoanch

W maratonie, jak we wszystkim, decydują szczegóły. I u mnie to się sprawdziło. Rewolucji nie było w treningu, ale wiele rzeczy zostało usystematyzowanych i poskładanych. O „różnicy” przygotowań do maratonu w Poznaniu świadczy czas ostatniego odcinka 2195 metrów.

Poznań – 8:30 – tempo 3:52/km

Wiedeń – 9:49 –  4:28/km

Warszawa – 9:38 – 4:23/km

OWM – 9:47 – 4:27/km

Frankfurt – 9:36 – 4:22/km

Zobaczcie, na ostatnich dwóch kilometrach nadrobiłem ponad minutę!

moje-starty

PODZIĘKOWANIA

Dziękuję Trenerowi, że podjął się współpracy ze mną. Po 10 latach dokończyliśmy to, co nie udało się na maratonie w Warszawie.

Dziękuję oczywiście mojej Izie, która tym razem wspierała mnie jeszcze bardziej niż poprzednio. Dała zielone światło na wyjazd do Szklarskiej Poręby. Cieszę się, że te kilka dni rozłąki nie poszło na marne. Dziękuję dziadkom Filipa, w szczególności mojemu Tacie, że zawsze mogłem na nich liczyć, kiedy wychodziłem na trening pod nieobecność Izy.

Dziękuję swojej ekipie, że trzymali za mnie kciuki. W to lato wspólnie trenowaliśmy mniej. Jednak ekipa zna już moje metody treningowe, wiedzą co oznaczają poszczególne jednostki w planach. Nikt nie potrzebuje bata, więc sami doskonale sobie radzili.  W szczególności dziękuję Dubielowi, który był wyjątkiem. Tych niedzielnych treningów w Grabinie zrobiliśmy chyba z dziesięć. Wspólne towarzystwo sprawiło, że dwugodzinne BNP leciały bardzo szybko.

Dziękuję kolegom-rywalom: Marcinowi Stańczakowi i Krystianowi Kochankowi. Ich super wyniki dały mi pozytywnego kopa motywacyjnego, że te 2:50 to nie jest żadna zaczarowana granica.

Dziękuję wszystkim czytelnikom, kibicom i sympatykom całego Biegaj z Dymkiem. Dziękuję za gratulacje na Facebooku, SMSy i telefony. Mając takie wsparcie nie można „dać ciała”.

PLANY

Znacie mnie, że każdy sukces napędza mnie do działania. Nie zamierzam spocząć na laurach. Obiecałem kiedyś Izie, że jak złamię 2:50 to w kolejnym półroczu odpuszczę maraton. I tak zrobię. Wiosną 2017 roku nie będę przygotowywać się do maratonu.  Ustaliliśmy już z ekipą, że główny start to 10. Półmaraton w Poznaniu.  Do tego czasu zamierzam cieszyć się bieganiem startując w biegach na krótszych dystansach. W tym czasie muszę złapać parę dodatkowych kilogramów „mięsa”, zrobić porządek z kolanem i kręgosłupem. Nadrobić zaległości rodzinne i towarzyskie. Jednak jesienią zamierzam wrócić w wielkim stylu. Mam nadzieję, że fortuna się do mnie uśmiechnie i wylosują mnie w Berlinie. Jeżeli nie to jesienią 2017 będę chciał pobiec w innym zagranicznym maratonie.

Kończąc wątek, mam nadzieję, że na złamanie 2:40 nie będę musiał czekać kolejnych 875 dni 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *