Bieg Soczewki, czyli plan zrealizowany, ale nie było lekko

Ci, którzy czytają regularnie mój blog wiedzą, że u nas w ekipie kategoryzujemy starty. Są imprezy docelowe, starty na przetarcie i zawody, na których po prostu się ścigamy. Ze względu na napięty sezon startowy, w tym roku potraktowaliśmy Bieg Soczewki ulgowo. Część ekipy  była zmęczona po maratonie w Poznaniu, innych trapią kontuzje i choroby. Nie udało się mi nawet zebrać ekipy do drużynówki. Trochę szkoda, bo zależało mi, żebyśmy przynajmniej zostali sklasyfikowani.

Jednak na dzień przed zawodami pewniakami do startu byli Iza i Arek. Ja i Agnieszka walczyliśmy z przeziębieniem. Rozważaliśmy rezygnację ze startu. Jeszcze w środę zrobiliśmy w Maszewie fajny trening szybkościowy. Nogi zdecydowanie się kreciły.  Szkoda było by odpuścić najważniejszy bieg w regionie płockim.

filip

Młody w akcji – nr 137

rozgrzewka

w drodze na start

W drodze  na zawody postanowiłem, że wszyscy „lecą swoje”.  Do startu podeszliśmy na luzie. Na początku Filip pościgał się z rówieśnikami w biegu krasnali. Gdyby nie refleks szachisty to miałby szanse na czołowe miejsce, ale i tak jestem dumny z jego postawy. Pobiegł bardzo chętnie, co u niego jest rzadkością.  Fajnie, że Biegu Soczewki, który przez prawie 30 lat organizował mój tata, startują już trzy pokolenia Dymków: dziadek, syn i wnuczek.

start

Prawdziwe Mistrzostwa Regionu Płockiego

Po odesłaniu Filipa do domu polecieliśmy z Agnieszką na długą rozgrzewkę. Na trasie spotkaliśmy jeszcze jedną zawodniczkę z mojej ekipy. Anka Pogodzińska, w ramach odpoczynku pomaratońskiego, zdecydowała się na Nordic Walking. Po  rozgrzewce stwierdziliśmy z „Budkową”,  że nie jest z nami tak źle. Kilka dogrzewających przebieżek i lecimy na start. A tam jak zwykle w Soczewce, cała elita płockiego biegania z Mistrzami: maratonu Mariuszem Giżyńskim i triathlonu Łukaszem Kalaszczyńskim.

W takiej stawce przekalkulowałem, że muszę się skupić na walce o miejsce na podium w kategorii M-30. Chciałem zostawić na tym biegu jak najmniej zdrowia i sił, bo od Poznania przebiegłem zaledwie 30 kilometrów na czterech treningach. Byłem osłabiony chorobą, więc  nie chciałem się forsować. Zależy mi, żeby jeszcze dobrze pobiec 11 listopada w Warszawie, więc Soczewka miała być pierwszym mocnym treningiem w przygotowaniach.

pierwsze-kolo

Pierwsze okrążenie – tutaj było jeszcze luźno

Czołówka ruszyła bardzo mocno. Kalkulowałem, że na podium w „generalce” staną Mariusz, Łukasz i Artur, więc odpadną z kategorii wiekowej. Przemek obecnie jest poza zasięgiem, więc z rywali do podium zostawali Paweł Wojtaczak i Marcin Stańczak. Paweł ruszył bardzo odważnie. Widać było, że jest mocny, więc postanowiłem złapać swoją grupę. Takowa się szybko uformowała, a w niej byli m.in. kolega-rywal z kategorii Marcin Stańczak i podopieczny mojego trenera, czyli Krzysiek Kujawa z kategorii M-40. Pierwsze okrążenie biegliśmy bardzo spokojnie. Tak spokojnie, że najwolniejszy kilometr wyszedł w … 4:23. Mi taki obrót sprawy pasował, bo wiedziałem, że w drugiej części biegu będę miał duże rezerwy, żeby urwać się rywalom. Od razu po minięciu półmetka ostro zaatakował Krzysiek Kujawa. Musiałem  się nieźle spiąć, żeby do niego dociągnąć. Kiedy dokleiłem , okazało się , że inni rywale nie utrzymali nas. Marcin, który zawsze jest groźnym rywalem, ze względu na pracę mniej trenuje. Myślę, że w normalnych okolicznościach sprałby mnie tego dnia niemiłosiernie.   Krzysiek podkręcił fajne tempo. Najpierw 3:46, następnie 3:38/km. W sumie pomyślałem sobie, i pewnie część z Was, że było już „po zawodach”. Miałem w zasięgu ręki zrealizowanie planu. To miał być taki „bieg bez historii”. Ale to co się później wydarzyło, kompletnie mnie zaskoczyło. Krzysztof Kujawa to bardzo sympatyczny i ambitny gość. Nabiegał w tym sezonie już 36 i pół minuty. A co najważniejsze – obydwaj swoje sukcesy zawdzięczmy temu samemu trenerowi.  Postanowiłem sobie, że w naszej wewnętrznej rywalizacji muszę utrzymać miano najszybszego z „Wojtkowych” zawodników. finisz

na-mecie

Rywale na trasie – koledzy na mecie

Za mostkiem odczekałem kilkaset metrów i zaatakowałem na hopkach. Co mnie jednak zdziwiło, po uzyskaniu kilkumetrowej przewagi, rywal szybko mnie „skasował”. Za szeroką kałużą przycisnąłem gaz do dechy i na serio odjechałem Krzyśkowi. Tym razem przewaga urosła do kilkudziesięciu metrów. Wiedziałem jednak, że rywal nadal mnie „tropi” i muszę się spiąć do samej mety. Leciałem swojego maksa. Liczyłem na to, że rywal, widząc moją przewagę i to, że meta coraz bliżej, po prostu odpuści ściganie. Jednak na płytach słyszałem, że Krzysiek się zbliża. Wiedziałem, że kolejny zryw nic tu nie da. Zmieniłem taktykę. Po wybiegu z lasu puściłem rywala do przodu, uwiesiłem się mu na plecach i  postanowiłem poczekać na krótki finisz. Jak widać na zdjęciu, musiałem dać z siebie totalnego maksa. A co najgorsze, Krzysiek walczył dosłownie do samej „kreski”. Przeglądają później zegarek byłem zaskoczony, że ostatni kilometr wyszedł granicach 3:30, a na finiszu tempo chwilowe wzrosło do 2:41/km.

Tutaj taka myśl, że nie ma „biegów bez historii”, a do każdego rywala trzeba mieć szacunek. Krzysiek postawił mi bardzo wysoko poprzeczkę. Zrobił duże postępy w tym roku, a w przyszłym sezonie „młodzi” mogą się go bać. Ja jestem z siebie zadowolony, że mimo „luźnego” podejścia do biegu, braków w treningu i przeziębienia potrafiłem się zmobilizować.  Rywalizacja nadal sprawa mi wielką frajdę i Ci co ze mną trenują wiedzą, że „Dymki nigdy nie odpuszczają!”.aga-finisz

budkoa-podium

Mistrzyni jest tylko jedna!

Za metą tradycyjnie pobiegłem na trasę dopingować moich ludzi. Agnieszka Budek miała zadanie obronić tytuł mistrzyni regionu płockiego i obronić zeszłoroczny prymat. Pomimo problemów zdrowotnych pewnie zwyciężyła. Cieszę się, że nie zostawiła na tych zawodach dużo zdrowia, bo czekają ją teraz przygotowania do ostatniego startu w sezonie. Plan do biegu niepodległości mam już prawie gotowy. Agnieszkę czeka kilka trudnych sesji treningowych.

Bardzo dobre zawody zanotował Arek Kozimiński, który wrócił do regularnych treningów po przerwie spowodowanej chorobą. 55:40 to dobry prognostyk przed ostatnim startem w Biegu Niepodległości.arek

Dla Izki założeniem było pobiec trasę poniżej jednej godziny. Wyszło bardzo dobrze, bo Izka nakręciła 58:43. Wraz z dobrym czasem było też dobre, ale kolejne pechowe czwarte miejsce w kategorii wiekowej.  Najważniejsze, że Izie i Arkowi na Soczewce tempo biegu wyszło lepsze, niż podczas „Biegnij Warszawo”. To oznaka, że forma idzie w górę.izkaPo wielu miesiącach przerwy na trasie pojawił się także mój tata Stanisław. Po problemach zdrowotnych wraca do zdrowia i formy.  W sobotę pobiegł godzinę z kilkoma sekundami, ale jak sam przyznał po zawodach, po raz pierwszy przegrał ze swoją synową, bez dawania żadnych for.  stasiekCo do samego Biegu Soczewki z BOP to tradycyjnie zawody zorganizowane przez koleżanki i kolegów z TKKF wzorowo. Dobra organizacja, piękny krajobraz i sprzyjająca pogoda – czego chcieć więcej?

Teraz przed naszą ekipą ważny okres. Za tydzień w Tucholi Paweł Kokocki kończy sezon w biegiem na 15 km. A miejscowa ekipa będzie szlifować formę pod Bieg Niepodległości. Treningi nie będą długie, ale zdecydowanie stawiam w ostatnim okresie na intensywność.  Do tego aura nie nastraja do wykręcania rekordowych czasów, ale muszą się zmobilizować na te 3 tygodnie.

Poniżej wyniki z Biegu Soczewki.

http://wyniki.datasport.pl/results2002/

Zdjęcia: Portal Płock i Z kamerą wśród ludzi

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *